„Żal do życia, że nie jesteśmy czynni w życiu, to jakby być w teatrze i tylko obserwować, co się dzieje”.
„Czuję się bezużyteczny. Ja chcę tylko pracy. Bezczynność męczy”.
„Komfort, wszystko podane – odpoczynek, którego ma się dość”.
„Z przyjemnością wskoczyłbym odczekać kolejkę po zakupy”.
„Najgorsze w stanie nerwicowym jest położyć się do łóżka i myśleć”.
„Jeśli odzyskam zdrowie, to nikt nie jest w stanie mnie przekonać, że nie jestem pełnowartościowym człowiekiem”.
To wypowiedzi pacjentów sanatorium gruźliczego w Sokołowsku, którzy swoimi historiami walki z gruźlicą podzielili się przed kamerą w dokumentalnym filmie Krzysztofa Kieślowskiego Prześwietlenie.
To właśnie tutaj, w Sokołowsku, los pacjentów sanatorium słynnego doktora Brehmera i jego asystenta Alfreda Sokołowskiego – od którego nazwiska wieś Görbersdorf przyjęła później nazwę Sokołowsko – dzielił Roman Kieślowski, ojciec Krzysztofa. Z tego powodu przyszły reżyser spędził tu dzieciństwo i wczesną młodość.
Przewlekła choroba ojca oraz konieczność jej oswojenia towarzyszyły Kieślowskiemu od najwcześniejszych lat i musiały zostawić ślad w jego postrzeganiu rzeczywistości i wrażliwości na drugiego człowieka. Być może dlatego w filmach Kieślowskiego tak często pojawia się człowiek postawiony wobec sytuacji, nad którą nie ma kontroli.
„Jeżeli żyjesz łatwo i lekko, to nie ma żadnego powodu, żeby pochylić się nad innymi. Myślę, że aby pochylić się nad sobą, a zwłaszcza nad kimś innym, musisz dostać mocno w kość, musisz cierpieć i zrozumieć, czym jest cierpienie i ból. Inaczej nie zrozumiesz, czym jest brak bólu” – pisał Kieślowski w autobiografii O sobie.
W Prześwietleniu choroba nie jest jedynie medycznym faktem. Sanatorium nie jest wyłącznie miejscem leczenia, lecz staje się symbolem stanu ducha – przestrzenią zmuszającą człowieka do zatrzymania się i konfrontacji z własnym życiem, przemijaniem oraz śmiercią. Jak pisze K. Kieślowski w noweli będącej komentarzem do filmu, relacje pacjentów są jak przypatrywanie się z bliska ich twarzom i przysłuchiwanie się myślom, od których sami mają już dość. Widzimy na nich skurcze złości, zniecierpliwienie w oczach, zmęczenie spokojem i ciszą.
Nie mogą wycierpieć spokoju, regularnego rytmu dnia, pewności, że kolejny dzień będzie taki sam. Pacjenci chcą robić rzeczy zwyczajne i potrzebne: pracować, robić buty, sprzedawać kiełbasę. To zwyczajność staje się przedmiotem tęsknoty i dowodem, że życie wciąż na nich czeka.
Sokołowsko, nazywane „Śląskim Davos”, bywa przywoływane jako prototyp słynnego szwajcarskiego kurortu gruźliczego, z którego Thomas Mann w Czarodziejskiej górze uczynił metaforę życia odizolowanego od rzeczywistości i zawieszonego w czasie. Podobnie Olga Tokarczuk przedstawiła społeczność sanatorium w Sokołowsku w powieści Empuzjon.
U Manna pacjenci przed przyjazdem do sanatorium poddawali się kuracjom w celu odzyskania zdrowia i jak najszybszego powrotu do własnej codzienności. Jednak po zetknięciu z wyalienowanym środowiskiem „na górze” wizja dotychczasowego życia „na dole” zaczynała wydawać się czymś odległym, niemal nierealnym i nieosiągalnym.
Główny bohater powieści, Hans Castorp, przyjeżdża do sanatorium jedynie w celu odwiedzenia kuzyna i krótkiego odpoczynku. Doktor, zwracając uwagę na jego anemiczny wygląd, przezornie sugeruje mu, aby pozostał jeszcze kilka dni. Ostatecznie młodzieniec otrzymuje diagnozę gruźlicy płuc, a krótkie odwiedziny zamieniają się w siedmioletni pobyt w sanatorium.
Historia ta budzi niepokojące pytanie: czy możemy kiedykolwiek być pewni, że jesteśmy zdrowi? Czy możemy mieć pewność, że w naszych organizmach nie rozwija się w ukryciu jakaś choroba?
W rzeczywistości każde ciało nieustannie oscyluje na cienkiej granicy między zdrowiem – chwilową równowagą – a przekraczaniem progu normy, na długo przed pojawieniem się pierwszych symptomów wołających o uwagę. Każdy z nas ma potencjał, by pewnego dnia stać się pacjentem, kuracjuszem, kimś oczekującym na diagnozę.
Choroba to również lekcja pokory. Tak jak jak Hans Castorp z zachwytem wpatrywał się w swój własny „rentgenowski portret”, tak i nam dziś nadal imponuje możliwość wnikliwego prześwietlenia, pełnego spenetrowania i niemal wścibskiej inspekcji każdego zakamarka ciała. Możemy bardzo wiele zobaczyć, zbadać i uleczyć, jednak każdy z nas w zderzeniu z tętniącym własnym życiem organicznym zaburzeniem może stanąć przed ścianą.
Świadomość własnej słabości zmusza nas do uległości w obliczu kruchości istnienia. Tak traumatyczny stan nierzadko rozbudza histeryczną ciekawość poznania choroby i determinację w pragnieniu jej pokonania. Choroba, choć rozkłada ciało, ma moc, by popchnąć w stronę życia intensywniejszego niż to przed nią. „Każde zainteresowanie chorobą i śmiercią jest zainteresowaniem życiem” – i to właśnie czyni z nas człowieka.
W tej walce kluczową rolę odgrywa wiara w powrót – w przydatność, w to, że znów będzie można być komuś potrzebnym. W noweli Kieślowskiego powrót przybiera niemal formę wyznania: „więc wrócić, wrócić jak najprędzej. Autobusem albo pociągiem wjechać w pełne kominów miasto. Wjechać tam i zostać”. To wiara pozwalająca przetrwać monotonię i nadaje sens kolejnym dniom oczekiwania.
Prześwietlenie nie jest więc wyłącznie filmem o gruźlicy. Jest filmem o człowieku, który odsunięty od własnego życia zobaczył je wyraźniej.
Julia Leniart



