Antropologia zapachu Sokołowska. Rozmowa z poetką Iloną Witkowską.

Zapachy często docierają do nas zanim zdążymy je nazwać. Przywołują wspomnienia, konkretne miejsca i ludzi, choć czasem trudno powiedzieć, co właściwie czujemy. O tym, dlaczego zapach tak trudno ubrać w słowa, jak język pomaga nam opisywać doświadczenia węchowe i w jaki sposób kultura oraz pamięć wpływają na ich odbiór, rozmawiam z Iloną Witkowską, poetką i autorką między innymi Splendida realta i Gdzie są moje dzieci?.

Wiktoria Głowacka: Gdyby miała Pani opisać zapachy Sokołowska – od czego zaczęłaby Pani taki opis?

Ilona Witkowska: To są różne zapachy, jest ich kilka. Na pewno najważniejsze jest to, że jak wracam z miasta i biorę pierwszy oddech w Sokołowsku, jak wysiadam na przystanku, to czuję zapach życia, czuję, że pachnie życiem – zielenią, ziemią, wodą – życiem. Drugi zapach Sokołowska to jest zapach prawdziwej zimy, czyli zapach węgla z kominów i mrozu. A kolejny zapach to jest zapach grzybów na jesień, kiedy wchodzi się w las i pachnie grzybami. I są jeszcze miejsca, które pachną ślimakami. Generalnie życie – wokół życia się to toczy.

W: Tutaj w Sokołowsku dużo mówi się o oddechu, chociażby ze względu na sanatorium dla gruźlików. Czy czuje Pani oddech związany z tym miejscem, taki, który faktycznie jest trochę takim leczniczym, sanatoryjnym oddechem?

I: Sanatoryjny oddech? Na pewno oddech od różnych napięć społecznych, których tutaj raczej nie ma. My tu mamy kompletny luksus emocjonalno-intelektualny. Nie boimy się siebie nawzajem, nie boimy się przyjezdnych. Wszyscy wszystko wiedzą, ale nic z tym nie robią, więc jest naprawdę bezpiecznie. To jest oddech dla mnie. Widzę też, że doświadczają tego ludzie, którzy pełnią istotne funkcje społeczne albo takie eksponowane i przyjeżdżają tutaj i są innymi ludźmi. Myślę, że to jest sanatoryjny oddech.

W: Zdecydowanie i dzięki temu ma się trochę inną perspektywę też na sprawy, które są poza tym miejscem. Jeżeli jesteśmy w temacie oddechu czuje Pani potrzebę palenia papierosów?

I: No, palę papierosy. Tutaj jest takie powietrze, że można palić bez przerwy. Na początku mojego bycia tutaj, udzieliłam wywiadu, w którym użyłam dokładnie tego zdania:  tu jest takie powietrze, że można palić bez przerwy. Bożenna uważa tak samo.

W: Palenie też ma swój szczególny zapach… Domyślam się, że są takie zapachy, wobec których język szczególnie często okazuje się bezradny. Które zapachy są to Pani zdaniem?

I: Ja akurat nie mam problemu z opowiadaniem o zapachach, myślę, że dobrze je opisuję, lubię to robić. Moim ulubionym zapachem, który jest trudny do nazwania jest zapach ślimaków. Musi być ciepły dzień, wilgotne miejsce, najczęściej tam są też pokrzywy i ludzie myślą, że to jest zapach pokrzyw. ale ja wiem, że to ślimaki tak pachną. miły zapach klasycznego ślimaka w skorupce.

W: Może Pani opisać ten zapach tak, aby można bylibyśmy sobie go wyobrazić?

I: Jest taki miękki, świetlisty, troszkę ziemisty, przypomina pokrzywę, ale jest w tym ciało. Ciało bardzo delikatne, nie fizjologiczne zupełnie. podobnie ciałem pachnie smardz. Słońce, woda. Takie są elementy w tym zapachu. Jest szansa, że jeszcze będzie można go poczuć, bo ma być słoneczny czwartek. Jak się idzie za tymi budynkami tam przy garażach, to tam właśnie pachnie ślimakami.

W: W czwartek na początku festiwalu będzie można go poczuć… W pewnym sensie każda historia miejsca może mieć swój zapach. I nie tylko chodzi mi o mury i wilgoć. Jak nowe doświadczenia, nowi ludzie, którzy przyjeżdżają, jak to wpływają na zapach Sokołowska?

I: To jest dobre zagadnienie. Kiedy tu jestem, nie używam perfum. Ponieważ wszystko pachnie, nie chcę konkurować, po co? Natomiast ludzie, którzy przyjeżdżają na festiwale, wszyscy pachną. Więc pachnie tutaj Warszawą w czasie festiwali. Nienajgorsze te perfumy są, jest okej. można się zainspirować. Dużo mieszkań też zmieniło swój zapach. Z zapachu mieszkań starych ludzi, nieremontowanych, ciemnych i mokrych na zapach stanu deweloperskiego, wszystkim doskonale znany na pewno. Tynk i świeżo wyszlifowane drewno. Dużo jest mieszkań, które tak pachną tutaj teraz. 

W: A czy są takie zapachy, na które jakoś tak warstwowo one się nakładają na siebie? Jeśli się wejdzie na przykład do Grunwaldu, można poczuć w tym wszystkim starość i wilgoć, ale czuć pewnego rodzaju nowość – beton, który pracuje razem z cegłą. Czy jest więcej takich miejsc, gdzie można to poczuć?

I: Całe Sokołowsko jest mieszaniną dawnych i nowych a czasem też równoległych w czasie lecz odmiennych w kierunku pomysłów na tę przestrzeń. niewątpliwie mieszają się tu też zapachy. O mojej ulubionej z mieszanek mam cały, choć niedługi, tekścik w nowym Notatniku Literackim, polecam. O tym, jak kocham zapach mojej klatki. W tym zapachu zimy, o którym mówiłam, można czasem trafić zapach kadzidła, bo czasem ludzie dorzucają do pieca tak dobre drewno, że ono pachnie jak drzewo różane. Wspaniały efekt, niesamowity.

W: Czyli nie czuć tutaj takiego trującego zapachu węgla?

I: Czuć na maksa trujący zapach węgla siary, syfu, plastiku, wszystkiego czym ludzie palą, forniru i tak dalej, jasne. Ale wystarczy wyjść paręnaście metrów w górę, żeby on zniknął. Natomiast czasem się zdarza, że palą drewnem i to drewno pachnie kadzidłem kościelnym.

W: A przechodząc wokół Sokołowska, gdzie bardziej mamy taką naturę, jak ten zapach się różni od zapachu samego miasteczka w stosunku do tych pięknych gór, które się znajdują? Jaki to jest kontrast?

I: Miasteczko jest małe, więc zapach miejski nie utrzymuje się za bardzo poza wąwozem ulicy Głównej, jako że jesteśmy w jarze. No i tutaj rzeczywiście można czuć spaliny, ludzi i tak dalej. Natomiast jak tylko się wyjdzie poza obręb chodników, to pachnie tym, co tam jest, czyli pod sosnami sosną, przy rozgrzanej ziemi rozgrzaną ziemią. Pachnie macierzanką, bo rośnie tu dużo macierzanki na południowych zboczach. Zrozumiałam w czasie pandemii, jak ogromne mam szczęście, że mogę chodzić bez maseczki i powietrze, które wdycham, nie jest przeoddychanym, ohydnym powietrzem miejskim, które się znajdowało w płucach wielu ludzi, zawiera pył z klocków hamulcowych i cały syf znany ludzkości, tylko niesie oddechy zwierząt, delikatną woń kwiatów, strumienia, może trochę gnicia. Gnicie też jest okej, bo oznacza życie, choć związane jest ze śmiercią. To są zapachy, które tutaj wszędzie się roztaczają. No i Janusz robi co może, żeby pachniało surfiniami.

W: Tak, jest dużo w ogóle roślinności ciekawej. Jaka jest Pani ulubiona roślina, która kojarzy się z Sokołowskiem?

I: Znalazłam tu kilka stanowisk wawrzynka wilczełyko i odwiedzam je co wiosnę wczesną.. Wawrzynek wilczełyko to jest taki krzew, który kwitnie już w lutym, w śniegu, na fioletowo. Pięknie pachnie, jak kosmetyki. Nie pachnie w ogóle jak roślina, tylko jak coś z łazienki bogatej kobiety. Jest bardzo trujący.

W: Czy to wyjątkowa roślina dla tego terenu?

I: Tak mi się wydaje, że wawrzynek nie jest często spotykany, a na pewno rośnie w Sudetach.

W: Jeszcze wracając do Sokołowska –  odczuwam tu mieszanie się niemieckiego klimatu z tym polskim, nie tylko zapachowo, ale również językowo. Czy język niemiecki wpływa na odczuwanie tych zapachów? Czy już nie ma żadnych powiązań? Czy tutaj czuć Polskę?

I: Ciężko powiedzieć, co tu czuć. Ja tu nie czuję Polski, ale nie czuję też Niemiec. Czuję tutaj jakąś wyjątkową przestrzeń. Bardzo starą, pierwotną. Nie mówię o budynkach. Mówię o jakiejś sile, która według mnie tkwi w tej ziemi. To zależy też, jaką uwagę się do tego przykłada. Sądzę, jak ktoś się bardziej interesuje historią, to myślę, że ma nakładkę z Görbersdorfem i z dawnymi nazwami budynków. Ja tego nie mam. Ale też jestem przyzwyczajona do życia w miejscu poniemieckim, bo wychowałam się na Dolnym Śląsku. Więc te Niemcy są dla mnie oczywiste. Jako podkład pod to, co jest teraz.

W: A dlaczego Sokołowsko akurat?

I: Wcześniej mieszkałam we Wrocławiu. Jak przyjechałam tu pierwszy raz, to był wspaniały lipiec. Trwały Konteksty. Było cudownie. Zobaczyłam przepiękne kamienice w cudownej przyrodzie. Tęskniłam za naturą. No i okazało się, że to miejsce jest idealne. Kamienice mają ogrzewanie centralne. Można tu bardzo wygodnie żyć. Wtedy za grosze. Nie było żadnych wątpliwości.

W: Myślę, że łatwo można zakochać w tym miejscu. Gdyby miała Pani wyróżnić jeden zapach, który najlepiej dla Pani opowiada o Sokołowsku, jaki byłby to zapach? Może niekoniecznie jako dosłowny zapach, ale może być jakąś metaforę lub wspomnienie.

I: Myślę, że to jest ta wilgoć w lesie, że można rozpoznać porę dnia po zapachu powietrza. Poranki są takie świeże, świat jest taki czysty. Nikogo jeszcze nigdzie nie było i wszędzie utrzymuje się delikatna wilgoć, chodzi mgła, albo wstaje, albo się zsuwa po tych zboczach. No i to jest życie samo w sobie, po prostu woda, która jest Bogiem tego miejsca. Podróże wilgoci po tym miejscu i zapach, który niesie ta wilgoć. Myślę, że to jest dla mnie najbardziej to. Może też jestem trochę zasugerowana tym, że dzisiaj jest wilgotny dzień, ale większość dni w Sokołowsku jest wilgotna.

Po czasie Pani Ilona dodaje…
I: Wszyscy, którzy tu mieszkamy, czujemy, że jak się wyjeżdża z Sokołowska, jedziesz pociągiem i jesteś koło Jaworzyny Śląskiej, z pół godziny stąd w stronę Wrocławia, zaczynasz czuć zapach własnych ubrań, one pachną Sokołowskiem. Nieważne co się robi, nieważne jak czyściutki, suchutki, wypachniony ma się domek, ciuchy pachną Sokołowskiem. Ciężko powiedzieć, co to jest za zapach, w tym jest i węgiel, i wilgoć, i chłód murów, i coś organicznego, jest po prostu taki zapach polskiej prowincji. Bardzo ciekawe zjawisko.

W: Bardzo ciekawe, jak zapach nas przesiąka, wszystko przenika.

I: Wszystko przesiąka, naprawdę niesamowite to jest. I tutaj się tego zapachu w ogóle nie czuje, on się ujawnia w tym pociągu. Myślę, że się nie ujawnia, jak się jedzie samochodem, przynajmniej nie mam takiego doświadczenia, natomiast w pociągu za każdym razem.

W: Niesamowite jak atmosfera tego miejsca wpływa na doznania zapachowe. Myślę też, że festiwale, które się tu dzieją, trochę tak rozrzedzają tę atmosferę i też ona się buduje na nowo za każdym razem.

I: Dokładnie tak jest. Prawdą jest ten żart, który jest tak śmieszny, bo jest prawdziwy, że w czasie festiwali jesteśmy najbardziej na południe wysuniętą dzielnicą Warszawy. Naprawdę tak jest. I rzeczywiście ta atmosfera później się buduje od nowa. Jest taki dopływ życia i potem ono wypływa stąd z powrotem. Tą jedyną drogą. No i wszystko sobie tak osiada. Tutaj się żyje w tempie drzew.