Rozmowa z Maciejem Musiałem

Kiedy oglądam „Dekalog” albo czytam scenariusze, myślę o nim jak o intymnym spotkaniu widza z bohaterami i twórcami. Jak wyglądało twoje pierwsze spotkanie z tym cyklem?

Maciej Musiał: Moje pierwsze spotkanie z „Dekalogiem” było na studiach. Było kontynuacją poznawania twórczości Kieślowskiego. Nie wiem, czy sam „Dekalog” zrobił na mnie większe wrażenie niż w ogóle styl opowiadania Kieślowskiego, ale miałem poczucie takiego subtelnego dialogu – takiego, jak powiedziałaś – który zaprowadza mnie w nowe miejsca, w których nie byłem. Emocjonalnie, ale też intelektualnie. Czułem po prostu, że obcuję z czymś wielkim. I dosyć szybko pojawiła się myśl: co by było, gdyby zrobić to jeszcze raz.

A dlaczego wybrałeś akurat „Dekalog”?

M.M.: Tylko dotknięcie „Dekalogu” ma sens, ponieważ taka też była pierwotna myśl. Na samym początku Kieślowski myślał o tym, żeby oddać każdy odcinek innemu twórcy. Stworzył nawet międzynarodowe listy castingowe. Więc miałem poczucie, że to można zrobić. „Trzech kolorów” nie dałoby się zrobić jeszcze raz. To by był grzech.

Ale jeżeli mam powiedzieć, który jest moim ukochanym filmem – „Niebieski”. Nieważne, jaki mam dzień: jak włączę „Niebieski”, to mnie nie ma. Świat przestaje istnieć. Bardzo często mam ochotę go zobaczyć. Nie chcę wracać do wielu filmów. Ale na niego bardzo często mam ochotę.

A odnajdujesz w „Niebieskim” siebie?

M.M.: Myślę, że tak. Przeglądam się w nim. To jest jakaś próba ucieczki do samego siebie, zabezpieczenia się przed światem i powiedzenia sobie, gdzie jestem, co robię, gdzie jest moje życie. Bardzo to czuję w tym filmie – że to jest taki film, w którym można się zanurzyć. Czuję, że to jest jakiś punkt wyjścia: skądś przyszedłem i mogę iść dalej.

A masz ulubioną część „Dekalogu”?

M.M.: Pewnie. Zawsze podoba mi się wiele rzeczy, ale pod względem dramaturgicznym bardzo lubię „Dekalog VIII” – „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Wow. Napisać coś takiego. Te wszystkie zwroty akcji w sześćdziesiąt minut. To jest coś potężnego. Bardzo lubię też to moralne pytanie z „Dwójki”, z Krystyną Jandą. I ten wybór, którego musi dokonać lekarz. Geniusz dramaturgiczny.

Wydaje mi się, że przy „Dekalogu” trudno wskazać jedną ulubioną część – na każdym etapie życia dotyka nas co innego.

M.M.: Tak. Ale muszę jednak pamiętać, żeby nie żyć tymi przeżyciami, a propos kina, aż tak bardzo na co dzień, bo bym oszalał, bym spłonął. Spaliłbym się, nic by mi nie zostało. Teraz próbuję bardziej spiąć to wszystko menedżersko. Powtarzam sobie: „Idziemy do przodu i działamy”. Cały proces trwa już kilka lat i oczywiście mam wiele ulubionych rzeczy, ale dla mnie prowadzenie tego projektu wiąże się głównie z załatwianiem praktycznych spraw.

Mam poczucie, że „Dekalog” dotyka głębi ludzkiego doświadczenia właśnie dlatego, że powstał w bardzo konkretnych warunkach kulturowych – po polsku, z polskimi aktorami, w brutalnej rzeczywistości PRL-u. A jak to wygląda z twojego doświadczenia? Czy jest możliwe zrobienie międzynarodowej produkcji z jednoczesnym zachowaniem istoty dzieł Kieślowskiego?

M.M.: A myślisz, że rzeczywiście tak jest – że to mocniej działa dlatego, że dzieje się w naszych warunkach? Bo ja uważam, że to jest totalnie uniwersalne. To samo mogłoby się dziać w budynku w Londynie, w Ameryce Południowej. Tam nie ma żadnej polskości. To są prawdy uniwersalne.

Wspominałeś kiedyś, że nie chcecie ograniczać twórców, z którymi pracujecie. Ale mając w zespole Krzysztofa Piesiewicza, trudno nie przypuszczać, że miał wpływ na nowe scenariusze. Jak wyglądały konsultacje z nim?

M.M.: Sam Piesiewicz rozmawiał z twórcami tylko na samym początku.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że Piesiewicz dużo opowiadał ci o filozofii Levinasa. A czy pojawiał się też Tischner?

M.M.: Zdecydowanie. W naszych rozmowach pojawiali się Levinas, Simone Weil, Tischner, a jeśli chodzi o budowanie opowieści – Singer.

Traktował ich jako inspiracje filozoficzne?

M.M.: Tak, tak. I one się tam przecinały. Od każdego brał coś innego: od Levinasa to spojrzenie w twarz drugiego człowieka, bycie blisko. Simone Weil mówiła o tajemnicy. Singer – o tym, jak konstruować opowieść.

Mamy więc Levinasa, Weil, Tischnera i Singera. Korzystasz z tego wszystkiego, myśląc o kolejnych produkcjach?

M.M.: Niekoniecznie. Nie jest tak, że siadam z notatnikiem i to przeglądam, ale mam to z tyłu głowy cały czas. To jest swego rodzaju kompas.

W jednym z wywiadów odniosłeś się do słów Piesiewicza, który powtarzał za Hanną Krall, że Bóg pisze prosto po liniach krzywych. Jak ty to rozumiesz?

M.M.: Bardzo często wracam do tego cytatu. Wracam do niego wtedy, kiedy rozumiem znaczenie rzeczy, które się wydarzyły – kiedy odbierałem jakieś zdarzenie jako coś bardzo złego, jakąś porażkę, a nagle widzę, że to wszystko miało sens i że coś dobrego z tego płynie. A propos Hanny Krall – Piesiewicz zawsze mówił o kontrapunkcie, który wynosi scenę i dramaturgię wyżej. Nauczył się go właśnie od niej.

Zazdroszczę ci, że mogłeś się do niego zbliżyć i usłyszeć takie rzeczy z pierwszej ręki.

M.M.: Uwielbiałem siadać z nim w kuchni, palić najlżejsze papierosy i go słuchać. Czułem też, że przez te lata zmieniam się ja i że zmienia się on.

A myślisz, że on nauczył się czegoś od ciebie?

M.M.: Czy nauczył? Myślę, że spotkanie ze mną dało mu dużo jasności na koniec życia. I takiego wyjścia do świata. Takiego poczucia relewantności i sprawczości. Zrobił dla Polski bardzo, bardzo dużo. Był wielkim człowiekiem.

Rozmowę przeprowadziły Jadwiga Sarnowska i Hanna Stacherczak.