Świerszcze. Oklaski. Płynąca rzeka. Wkrętarka. W Sokołowsku wszechobecny głos natury nieustannie walczy o atencję z burzliwymi odgłosami życia ludzkiego. Czasami wygrywa – zwłaszcza po nocach lub poza sezonem festiwalowym. Lecz prawdziwa magia lokalnego soundscape’u kryje się w krótkich chwilach balansu, zawieszenia, gdy te pozornie wykluczające się nawzajem warstwy zamiast kłócić się – współistnieją. Zamiast chaosu tworzy się harmonia.
Nie jest łatwo pisać o dźwięku. Nawet najbardziej precyzyjna kombinacja liter nie wywoła w pełni tych dreszczy, jakie potrafią wywołać dźwięki Sokołowska. Zamiast polegać na moich próbach ubrania doświadczeń w słowa, spróbujcie po prostu przez chwilę wsłuchać się w otoczenie.
Trzy tygodnie temu, wśród drzew i krzaków, w ramach festiwalu Sanatorium Dźwięku odbył się koncert Jakuba Janickiego, zadedykowany zmarłemu koledze. Z niesamowitą czułością jaskrawy śpiew ptaków łączył się z aksamitnymi barwami autorskiego ambientu, a głuche uderzenia spadających na ziemię szyszek i trzaski gałęzi pod nogami słuchaczy tworzyły naturalną, delikatną warstwę perkusyjną. Obydwie strony konfliktu złożyły broń i złączyły się w objęciach w hołdzie dla tych, którzy już nie mogą tego usłyszeć. Każdy słuchał w ciszy. Niektórzy – ze łzami w oczach.
Zachęcam Was – zarówno gdy potrzebujecie chwili spokoju, jak i kiedy szukacie wrażeń – by posłuchać, co Sokołowsko ma do powiedzenia. Ja też będę słuchał. W ciszy.
Eldar Dovbush



