Duchy, dźwięki, Kieślowski. Rozmowa z Emi Buchwald

Eldar Dovbush: Jesteś już chwilę w Sokołowsku. Jakie są Twoje wrażenia, jak się tutaj czujesz?

Emi Buchwald: Przyjechałam do Sokołowska z wielką chęcią po raz czwarty. Pierwszy raz byłam tu w 2010 r., jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego roku szkoły filmowej. Braliśmy wtedy udział w warsztatach filmowych. Później wracałam: najpierw z krótkometrażowym filmem dokumentalnym Nauka, potem na pokaz filmów mojego męża, Maćka Buchwalda, a teraz jestem z Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej. Czuję więź z tym miejscem.

Także Krzysztof Kieślowski jest dla mnie bardzo ważnym twórcą. Towarzyszył mi przy okazji pracy nad Duchami i w ogóle w całym procesie twórczym przez te wszystkie lata. Mam poczucie, że Sokołowsko to trochę takie polskie Twin Peaks z tymi lasami, mgłami… 

ED: A propos duchów – ponoć w Sokołowsku wiele osób je dostrzega.

EB: To przestrzeń mocno duchowa, a może nawet duchologiczna – choć pojęcie Olgi Drendy dotyczy raczej śladów minionej epoki, a duchowość bywa kojarzona ściśle z religią. Tutaj chodzi o coś więcej, bliższego intuicji, o której w swoich filmach opowiadał Kieślowski.

ED: Jak opisałabyś swoją relację z duchowością i jej wpływ na twórczość?

EB: To bardzo intymna sfera i nie chcę się z nią za bardzo uzewnętrzniać, ale na gruncie filmowym element duchowy jest tak samo naturalną częścią bohatera, jak każdego człowieka. Postać funkcjonuje w relacji ze sobą, z innymi i ze światem. Lubię wprowadzać motyw intuicji, myśli, które kierujemy ku bliskim – także tym, których akurat przy nas nie ma. To też jest bardzo duża część naszego życia. Oczywiście myśli trudno zobrazować w filmie, ale kino wydaje się do tego najlepszym nośnikiem: potrafi zakrzywiać rzeczywistość, łączyć wiele światów.

ED: W wywiadach jako przykład roli intuicji podajesz Podwójne życie Weroniki. Czy intuicja to dla Ciebie metafizyka, czy narzędzie poznania?

EB: Jedno i drugie. Nie warto tego nadmiernie intelektualizować ani szufladkować. Sednem sfery intuicyjnej jest to, że pojawia się, kiedy jej nie oczekujesz. I wydaje mi się, że powinna pozostać taka nienazwana. I kiedy zaczniesz łapać takie momenty w rzeczywistości, to nagle widzisz, że to też buduje kontakt z samym sobą, ale też ze światem. 

A kino to ciągłe podejmowanie decyzji. Nie da się opowiedzieć o wszystkim. Wydaje mi się, że takie łapanie intuicji bardzo dobrze z językiem kina współdziała.

ED: Mówiłaś też, że ukształtowała Cię twórczość Kieślowskiego. Jak określiłabyś jego wpływ na to, co robisz dziś?

EB: Miałam okres dużej fascynacji Kieślowskim. Zaczynałam od dokumentów, później oglądałam wszystkie jego fabularne rzeczy, aż po filmy francuskie.

Kiedy byłam młodsza, te filmy, które robił we Francji, oddziaływały na mnie najmocniej. Dziś patrzę na nie trochę inaczej – może za dużo jest dla mnie w nich metafizyki, za mało konkretu. Ale to nie ma znaczenia. Ważny jest przecież moment, w którym zobaczy się film. Wtedy wszystko, co oglądałam, chłonęłam i mniej filtrowałam.

Wiele rzeczy ze mną pozostało. Na przykład muzyka Zbigniewa Preisnera, bez której nie powstałaby w swojej formie muzyka w Duchach. Myślę też, że Kieślowski pomógł mi patrzeć – nie tylko w filmie, ale i w życiu, na te momenty, które nazwaliśmy metafizycznymi.

ED: W Duchach ogromne znaczenie w kontekście postaci mają barwy – Benek preferuje błękit, Nastka nosi czerwoną czapkę. Czy „myślałaś kolorami” już na etapie scenariusza?

EB: Pisząc scenariusz, mocno wizualizuję sceny od strony realizacyjnej – niektóre sytuacje po prostu nie istnieją dla mnie bez konkretnej formy. Kolorystyka kształtuje się nieco później, ale to bardzo złożony proces. Niebieski pojawił się pod wpływem planszy tytułowej z Kobiety pod presją Johna Cassavetesa. Zaczęłam o nim rozmawiać z moim bratem (autorem plakatu i napisów dla Duchów), kostiumografką Hanką Podrazą, scenografkami Ewą Mroczkowską i Zosią Wilczkowską oraz autorem zdjęć Tomkiem Gajewskim. Kolor rozrósł się na cały film, bo zależy mi, by barwy aktywnie opowiadały historię. Ważna była dla mnie też korekcja barwna, więc towarzyszyłam przy niej Tomkowi.

ED: Oddzielną uwagę w filmie przykuwa praca z dźwiękiem, który działa zarówno narracyjnie, jak i na płaszczyźnie emocjonalnej. Czy traktujesz go jako narzędzie, czy też czerpiesz z dźwięku inspirację?

EB: Obie te rzeczy. Dźwięk często bywa traktowany wyłącznie technicznie, a w rzeczywistości tworzy osobny, subiektywny świat. Każdy element tła dźwiękowego, nawet atmosfera ulicy, jest reżyserską decyzją, która wpływa na sens opowieści. Ja w ogóle bardzo nie lubię odcinać się od dźwięków świata. Poza domem nie chodzę raczej w słuchawkach, bo chcę słyszeć dźwięki. One wprowadzają mnie w różne nastroje, ale też poznaję w ten sposób świat i wydobywam z niego to, co mnie interesuje.

W Duchach dźwięk jest też bezpośrednią inspiracją fabularną: jedna z bohaterek, Jana, tworzy dźwiękową instalację. To w jakimś sensie mój ukłon w stronę pracy reżyserki dźwięku Oli Landsman, z którą stale współpracuję.

Rozmowę przeprowadził Eldar Dovbush.