Pewnego razu na Chełmskiej. Rozmowa z Mirosławem Baką

Mikołaj Ługowski: Chciałbym zaprosić Pana do festiwalowej podróży w czasie i zapytać o pierwsze spotkanie z Krzysztofem Kieślowskim.

Mirosław Baka: Nasze pierwsze spotkanie przypadło oczywiście na okres zdjęć próbnych do Krótkiego filmu o zabijaniu. Kieślowski wybrał mnie, i zapewne kilku innych chłopaków, spośród zdjęć robionych przez jego asystentów w szkołach teatralnych i teatrach. Zostałem zaproszony na zdjęcia próbne do Warszawy, tuż przed Sylwestrem. Miałem powiedzieć przed kamerą jakiś monolog, a później, już na korytarzu, usłyszałem, że pan Kieślowski chce ze mną porozmawiać.

Usiedliśmy w małym, niepozornym pokoju, oświetlonym właściwie tylko nocną lampką – jak się później zorientowałem, była to chyba niewielka montażownia. Krzysztof zaczął zadawać mi pytania, po prostu poprosił, żebym opowiedział mu coś o sobie. Rozmawialiśmy może dwadzieścia minut, ale dopiero po wyjściu uświadomiłem sobie, że powiedziałem temu człowiekowi o sobie więcej niż komukolwiek od bardzo dawna. Myślę, że był po prostu mistrzem rozmowy z drugim człowiekiem, fantastycznym psychologiem. Być może wykształcił to jeszcze przy filmach dokumentalnych, kiedy rozmawiał ze zwykłymi ludźmi i potrafił wydobywać z nich rzeczy prawdziwe.

Pamiętam, że wyszedłem wtedy z Chełmskiej i pomyślałem: co to za niesłychany gość. Nawet gdyby nic więcej z tych zdjęć próbnych nie wyniknęło, chciałem zachować w sobie tę jedną rozmowę, to patrzenie sobie w oczy. Na szczęście los potoczył się inaczej i później mogliśmy razem pracować, rozmawiać, spędzać czas i podróżować. To było bardzo cenne spotkanie w moim życiu.

MŁ: Jest Pan w stanie odtworzyć z planu zdjęciowego konkretny moment, który splótł wasze wizje i pozwolił odnaleźć wspólny, artystyczny język?

MB: Prawdę mówiąc, trudno tutaj mówić nawet o szukaniu „wspólnego języka”. Krzysiek był już wtedy artystą, a ja dopiero zaczynałem swoją przygodę z filmem jako student trzeciego roku szkoły teatralnej. Przypominam sobie natomiast sytuację, w której postanowiłem zwierzyć mu się ze swoich planów i aspiracji. Powiedziałem, że tak naprawdę na wydział aktorski poszedłem również po to, żeby przygotować się do reżyserii i kiedyś stanąć po drugiej stronie obiektywu.

Krzysztof spojrzał na mnie bardzo poważnie i powiedział mniej więcej: „Rób na razie to, co całkiem dobrze ci wychodzi, a o reżyserii będziesz mógł pomyśleć w dowolnym momencie życia”. Nie odebrałem tego jako zatrzymania moich marzeń, wręcz przeciwnie. Usłyszeć od Kieślowskiego, że coś w aktorstwie dobrze mi wychodzi, było dla młodego człowieka bardzo ważnym potwierdzeniem. Później nieraz pomagało mi to podnosić głowę i myśleć: skoro taki mistrz uznał, że coś potrafię, to może rzeczywiście jestem na właściwym miejscu.

MŁ: Nawiązując jeszcze do Krótkiego filmu o zabijaniu, warto na moment zajrzeć do warsztatowej, aktorskiej kuchni. Ciekawi mnie, w jaki sposób tak silny bagaż emocjonalny, który niósł ze sobą ten film, rezonował z Panem wtedy i na ile odżywa w Panu na przestrzeni lat? 

MB: W trakcie zdjęć byłem tym wszystkim bardzo pochłonięty. Kieślowski jako reżyser nie musiał zresztą dawać mi zbyt wielu uwag, bo wcześniej wspaniale prowadził mnie naszymi rozmowami. Oczywiście po scenach tak trudnych emocjonalnie jak wykonanie wyroku nie dało się po prostu wrócić do hotelu, uciąć sobie drzemki i spokojnie przespać nocy.

Z czasem jednak, z perspektywy roku czy kilku lat, najbardziej zostały ze mną nie same ciężkie sceny, ale wspomnienia rozmów z Krzyśkiem – takich zwyczajnych, kiedy byliśmy po prostu dwoma facetami: on dorosłym mężczyzną, ja jeszcze młodym chłopakiem. Pamiętam żarty, wspólne pogaduchy w pociągu czy w hotelu. To było wspaniałe spotkanie z niesłychanym człowiekiem.

Myślę też, że spotkanie z takimi ludźmi i zrobienie takiego filmu zawsze jest nauką. Coś z tego wchodzi do aktorskiej podświadomości i później niesie się dalej; ciężar przeżycia, doświadczenia, pracy. Nie powiedziałbym jednak, że nosiłem po tych zdjęciach jakąś traumę. Krzysiek potrafił nawet po najcięższej scenie podejść, powiedzieć coś śmiesznego, ironicznego czy cynicznego. Doskonale znał naturę ludzką i wiedział, czego w danym momencie potrzebuje młody aktor. Paradoksalnie bardziej niż same zdjęcia poruszyło mnie później obejrzenie tego całego okropieństwa, które stworzyliśmy przed kamerą (śmiech).

MŁ: Chciałbym na koniec zahaczyć o cykl, który tworzymy w trakcie festiwalu i ten ponadczasowy mikroświat „Gadających głów”, stworzony przed laty przez Krzysztofa Kieślowskiego. Przed nami zatem krótka sonda. Na dobry początek: kim Pan jest?

MB: W tym momencie życia powiedziałbym przede wszystkim, że jestem mężem, ojcem i dziadkiem. Po ponad czterdziestu latach pracy przed kamerą i właściwie równie długim czasie spędzonym w teatrze sprawy zawodowe zaczynają się trochę odsuwać. Nie mówię, że rezygnuję z pracy, ale coraz ważniejsi są dla mnie bliscy, rodzina i to, co dzieje się w codziennym życiu. Nie powiedziałbym już o sobie po prostu: „jestem aktorem”. Aktorem bywam. A najwspanialsze jest usłyszeć: „Dziadku, chodź ze mną”, „Dziadku, pomóż mi”. Myślę, że Krzysiu też by się z tym zgodził.

MŁ: Czego by Pan chciał?

MB: Chciałbym zbliżać się do mety z taką świadomością, jaką mam dzisiaj, czyli z poczuciem, że fajnie przeżyłem swoje życie. Mam nadzieję, że nic tego poczucia nie zachwieje.

Rozmowę przeprowadził Mikołaj Ługowski.