Kocie Sokołowsko #1

Nikt tak naprawdę nie wie, dlaczego pod osłoną nocy po Sokołowsku spacerują koty. Nikt z wyjątkiem nas, kotów.

Jesteśmy wrażliwe na przeróżne doświadczenia. Bacznie obserwujemy unoszące się drobinki kurzu w świetle słońca, a te potrafią stworzyć przedziwne kształtne kombinacje. Nasze zmysły są czułe na szelest liści, woń niosącą nowinę parzonej po południu kawy czy drgania nadjeżdżających z oddali pojazdów. My, koty, widzimy szczeliny, maleńkie pęknięcia świata. Materia jest w tej okolicy zjawiskiem wyjątkowo niestałym. Tuż po przekroczeniu mostu nad rzeką Ścinawką czas coraz częściej ziewa; z każdym zbliżającym się kilometrem senność pochłania go na tyle, że zdaje się zapominać o Sokołowsku. Przechodząc przez wiadukt kolejowy, bezpowrotnie zostawiamy za sobą codzienny świat, jakbyśmy przeszli przez portal czy lustro. Zna to dziwne uczucie każdy, kto pozwolił otulić się zielonym wzgórzom okalającym to miejsce.

Zaspany czas niemal nie dociera do Sokołowska, przez co tworzą się przeróżne szczeliny i pęknięcia. Wysuwają się z nich twory drobne i nieszkodliwe, czasem zagubione i obojętne. Zdarzają się też bardzo ciężkie. Ich ciężar pochłania tutejszą stałość, wysysa zieleń roślin, spragniony spija wodę ze strumyków leśnych do ostatniej kropli…

Ludzie (choć tylko nieliczni, w swoim kocim życiu słyszałem o tylko jednej takiej osobie, ale chodziła po Sokołowsku 65 lat temu) bywają wyczuleni na pęknięcia rzeczywistości. Większość nie dostrzega drobnych sygnałów, nie słyszą cieniutkich szeptów. Dlatego od lat na swój sposób opiekujemy się tym miejscem.

Oliwia Zarzycka