Już prawie 21, a ja biegnę spóźniona przez las, licząc, że seans się jeszcze nie zaczął. Czując każdą kość w moim ciele, siadam z ulgą na trawie, a chłodny powiew wiatru mnie rozbudza. Zaczyna się film. Słyszę muzykę i monologi, obrazy przypominają mi „Fausta” Murnaua. Staję się jednym z aniołów, biernie obserwuję i słucham myśli bohaterów, choć bez możliwości przyniesienia im komfortu. Aniołowie zazdroszczą ludziom bólu, papierosów i miłości. Jeden z nich rezygnuje ze nieśmiertelności, aby tego zasmakować. Cassiel zaczyna żyć, kończy się film i ja także tracę możliwość cichego podglądania, znów staje się człowiekiem. Na zewnątrz lekko pada deszcz.
Julia Piwek



