Jesteśmy na festiwalu w Sokołowsku. Co Kieślowski opowiadał Pani o tym miejscu?
Wszystko. O tym okresie życia mówił najwięcej, wracał do tego. Był bardzo związany z ojcem, który leczył się tutaj w sanatorium na gruźlicę. Z mamą też, ale gdzieś napisał nawet, że właściwie przez całe życie, podejmując różne decyzje, odwoływał się do autorytetu nieżyjącego ojca. Wyobrażał sobie jego zdanie i działał jakby w zgodzie z tym, co ojciec by pomyślał. Ja tego teścia nie znałam, ale z opowiadań wielu osób rysuje się obraz człowieka trochę podobnego do Krzysztofa – albo Krzysztofa podobnego do ojca. Że był silnym człowiekiem mimo choroby i mimo wyniszczenia fizycznego, a było straszne. Ojciec miał świadomość, że odejdzie, bo nie było ratunku na gruźlicę. Więc robił wszystko, żeby dać dzieciom siłę na życie, żeby zdążyć przekazać im tyle, ile się da przekazać przed śmiercią. Jest takie zdjęcie, na którym ojciec jest już naprawdę u kresu życia. Jest potwornie chudy, widać, że ciężko schorowany – ale jedzie rowerem, siedząc na kierownicy, tyłem do kierunku jazdy. Ojciec robi jaskółkę na jednej nodze, to samo robią jego dzieci. Czyli to jest jakiś cyrkowy numer człowieka, który ledwie już żyje. Krzysztof bardzo szanował ojca i nie dziwię się temu podziwowi, bo to był rzeczywiście nadzwyczajny człowiek. Leżąc w szpitalu, już nie mógł pracować, ale napisał podanie, które zostało w archiwach. Ponieważ był inżynierem budowlanym i potrafił kreślić, napisał do jakiejś firmy o pracę jako kreślarz: że może, będąc w szpitalu, wykonywać różne prace kreślarskie. Za wszelką cenę starał się tej rodzinie pomóc.
Czternaście lat po wyjeździe z Sokołowska Kieślowski wrócił tu, by nakręcić film o chorych na gruźlicę.
Krzysztof już jako dziecko widział cierpienie ludzi. Nawet jego ojciec, który miał dwie ulice dalej mieszkanie i rodzinę, był w gruncie rzeczy samotnym człowiekiem: leżał w szpitalu, nie mógł przyjść na kolację do domu. Krzysztof widział ich wszystkich, znajomych, tutaj kończących życie – bo właściwie to, między nami mówiąc, była umieralnia. Może ja obrażam tych lekarzy, którzy tu pracowali, bo na pewno tego tak nie traktowali, ale tak to było, bo nie było ratunku dla tych chorych. I on to pamiętał: cierpienie ludzkie, osamotnienie ludzi. Pewnie sam też miał takie chwile, że czuł się osamotniony, bo tęsknił do ojca. Bardzo go kochał. Jak myślę o Krzysztofie jako człowieku, to uważam, że miał nadzwyczajną uważność, cierpliwość i taką czułość do starych ludzi. I ewidentnie wzięło się to stąd, że on tutaj tych ludzi cały czas oglądał, widział, znał – bo przecież to byli sąsiedzi. To mu zostało: że to są fantastyczni, smutni, ciężko chorujący ludzie. W Prześwietleniu, o ile pamiętam, byli ludzie, którzy mówili, że czują się już poza nawiasem życia. Starzy ludzie często pojawiali się też w jego późniejszych filmach, szczególnie tych francuskich.
Jak by Pani mogła nam jeszcze przybliżyć osobę Krzysztofa?
On był bardzo zaradny i to była jego piękna cecha, że właściwie nie narzekał. To był człowiek, który z niczego robił coś. Ledwie się poznaliśmy i kiedy zobaczył, że jadę do Warszawy, powiedział nagle, że on też jedzie, bo ma tam coś do załatwienia. Ale zataił przede mną, że nie ma gdzie spać. Pożegnaliśmy się na dworcu: on został, a ja pojechałam do domu. Kiedy w poniedziałek się spotkaliśmy, miał malutki bukiet kwiatuszków. Ale te kwiatuszki mnie zastanowiły – były absolutnie uliczne, mlecze jakieś. Dopiero jego przyjaciel powiedział mi, że Krzysztof spał wtedy na dworcu. On by się do tego nigdy nie przyznał, bo miał taką ambicję. Gdyby mi powiedział, mógłby spać u mnie, tysiące było możliwości – ale nie poprosił nikogo. I to była taka jego cecha przez całe życie: do wszystkiego dochodzić samemu, żeby nikomu niczego nie zawdzięczać. Ale nie dlatego, że nie chciał być zależny. Po prostu uważał, że człowiek jest tak skonstruowany, że może sobie sam poradzić w życiu – tylko musi chcieć. Był bardzo pracowity, chociaż wszędzie opowiadał, że jego cechą naczelną było lenistwo. Co jest kompletnie nieprawdą – zawsze widziałam, jak ciężko pracuje. Dzieciństwo wisi nad każdym, ale nad nim, wydaje mi się, wisiało szczególnie. Dlatego że on jako młody dzieciak musiał być odpowiedzialny. Wiem, że opiekował się ojcem, bo mama była zajęta, była przecież nauczycielką.
W ramach tegorocznej edycji festiwalu wybrała Pani film Roberto Benigniego Życie jest piękne. Dlaczego akurat ten film?
Od momentu, kiedy mamy zagrożenie wojną i oglądamy obrazy wojennych potworności, od czasu do czasu przychodził mi do głowy ten film. Bo to jest film, baśń właściwie, w której emocje są prawdziwe. Kiedyś sobie pomyślałam: co by było, gdyby ta wojna pojawiła się u nas. W jakiej my jesteśmy kondycji, my, ludzie? Czy my siebie nawzajem obchodzimy? Czy to nie byłoby tak, że trzeba by uciekać, schować się, nie myśleć o innych? Czy mamy na tyle empatii, żeby sobie pomagać, żeby znieść ten potworny dramat wojny? Może to jest dobry moment, żeby spojrzeć na wojnę trochę z innej strony. I żeby każdy się zastanowił, czy byłby na tyle silny i odważny, żeby chronić drugiego człowieka za wszelką cenę. Bo główny bohater Życie jest piękne chronił przecież psychikę syna, niezależnie od wszystkiego.
Rozmowę przeprowadziła Hanna Stacherczak.



