Wspomnienia zapisane w bliźnie. Rozmowa z Markiem Piestrakiem

Paula Walczyńska: Trudno nie zauważyć, jak bardzo pańskie filmy różnią się od filmów Krzysztofa Kieślowskiego. Dlatego chciałam zapytać o wspólną pracę nad filmem Blizna. Jak wyglądała komunikacja między tak odmiennymi wizjami kina?

Marek Piestrak: Nie było wtedy żadnej komunikacji między dwiema wizjami. To nie miało też nic wspólnego z moimi późniejszymi filmami.

Myśmy się po prostu z Krzyśkiem znali ze szkoły filmowej i przyjaźniliśmy się. Spotykaliśmy się też we wrocławskiej wytwórni filmowej. Gdy Krzysiek przystępował do swojego pierwszego filmu fabularnego, spytał, co ja robię. A ja w tamtej chwili akurat nic nie robiłem. Zaproponował mi, żebym był drugim reżyserem. Nie wynikało to jednak z żadnych powinowactw myślowo-twórczych.

Myślę, że zaufał mi jako reżyser ze względu ma fakt, że miałem już na koncie dwa krótkometrażowe filmy fabularne. Podobnie było zresztą z operatorem Sławomirem Idziakiem, którego zdjęcia widział już wcześniej i pewnie na tej kanwie odbyły się między nimi pierwsze konsultacje i rozmowy. Idziak zresztą kręcił potem wielkie filmy w Hollywood, że przytoczę chociażby „Helikopter w ogniu”…

Panowała taka koleżeńska atmosfera, nie było żadnych starć. Krzysiek z nami bardzo dużo rozmawiał; opowiadał, jak te sceny chce budować. Słuchał naszych głosów i tak robiliśmy ten film w grupie bardzo zaprzyjaźnionych kolegów.

P: Szczególnie zapadła mi w pamięć jedna scena z „Blizny”, w której na jednym ze spotkań pojawia się sarna i tej sarnie zostaje podany papieros…

M: Ja akurat tego momentu zupełnie nie pamiętam, ale też trudno pamiętać po tylu latach. Przecież myśmy to robili w 1976 roku… Co dokładnie ten kadr przedstawiał?

P: Zebranie u dyrektora, liczni przewodniczący, członkowie zarządu. I do ogródka akurat weszła sarna. Jeden z członków zarządu zaczął ją karmić papierosami, wsadzać je jej do pyska. I wszyscy pozostali śmiali się z tego.

M: Trudno mi w tej chwili podłączyć się do myśli reżysera, ale przypuszczam, że miało to na celu pokazać w taki specyficzny sposób jakąś głupotę, lekceważenie przyrody, rodzaj bezsensownego zachowania ludzi, którzy w swojej pracy zawodowej nie szanowali zwierząt. Ale nie pamiętam nawet, czy byłem przy tych zdjęciach, więc trudno mi powiedzieć.

P: No właśnie, to jest piękno kina. Ja zapamiętałam jakiś element, który stał się dla mnie bardzo ważny, ale niekoniecznie musi być ważny dla kogokolwiek innego. A które sceny z tego filmu były szczególnie ważne dla pana?

M: Było wiele takich scen. Reżyser, moim zdaniem, chciał pokazać tam człowieka, który chce może nie przebudować system, ale stworzyć coś nowego, jego zdaniem pożytecznego. Tymczasem nikt nie brał pod uwagę przyrody, stawiano na przemysł, chciano dać miejsca pracy dla ludzi.

To były dość ciężkie czasy. Kieślowski chciał pokazać problemy, które towarzyszyły w czasie odbudowy Polski po zniszczeniach wojennych, industrializacji. Wszystkie popełniane w tych latach błędy… Ale o tym już dużo napisali krytycy w recenzjach. My po prostu staraliśmy się jako jego asystenci. Szukaliśmy interesujących plenerów i przedstawialiśmy je potem szefowi, czyli Krzyśkowi. Zbieraliśmy wspólnie obiekty do zdjęć. Pomagaliśmy zorganizować wszystko na planie. Pomagałem mu też w wyborze aktorów. Jest tam scena konferencji różnych dyrektorów i znalazłem do niej na przykład interesującego aktora, który pracował w teatrze w Płocku.

Oczywiście też dużo rozmawialiśmy po zdjęciach o tym, co nakręciliśmy, każdy starał się wnieść jakieś pomysły, ale po tylu latach trudno powiedzieć, co z tego reżyser wykorzystał. Taka była po prostu rola drugiego reżysera.